Kawa pilnie potrzebna – o „zawieszaniu” filiżanek w Warszawie

Ciężkie jest życie bez kawy. Gdy w portfelu nic nie szeleści ani nie brzęczy – spokojnie, nie jesteśmy zgubieni. Jest wysoce prawdopodobne, że w którejś kawiarni w pobliżu czeka „zawieszona” kawa – czyli taka, za którą inny gość zapłacił z góry z myślą o kimś w potrzebie.

Nowa moda „zawieszania” kaw przywędrowała z Włoch i ogarnęła sporą część Warszawy oraz innych polskich miast. To spontaniczna inicjatywa, która rozprzestrzenia się pocztą pantoflową. Zwolennicy akcji przekonują, że bezinteresowne podarowanie komuś napoju daje ogromną satysfakcję. W końcu wśród niemal dwóch milionów mieszkańców Warszawy na pewno znajdzie się ktoś bez pieniędzy, za to z wielką ochotą na kawę. Inicjatywa zyskała popularność na portalach społecznościowych. Kawiarnie zareagowały entuzjazmem – chociaż nie czerpią z „zawieszania” kaw żadnych finansowych korzyści, to przy okazji nowej mody ich nazwy wymieniane są o wiele częściej.

Po początkowym boomie na „zawieszanie” kaw kilka tygodni temu, zjawisko ponoć słabnie. We Włoszech i innych krajach z mocno rozwiniętą kulturą bywania w kafejkach i picia kawy, idea się przyjęła. W Polsce na dłuższą metę może być jednak inaczej. Pojawiły się sceptyczne głosy uznające akcję za bezsensowną – przecież bywalcy warszawskich kawiarni raczej do najbiedniejszych nie należą, a z braku kawy jeszcze nikt nie umarł. Przeciwnicy „zawieszania” kaw przekonują, że o wiele lepiej podarować komuś ciepłą zupę lub kanapkę. Odpowiedzią wrocławskich kawiarenek na zawieszoną kawę jest „zupa po sąsiedzku” – czyli bezinteresowny podarunek w postaci zupy dla głodnego gościa bez grosza przy duszy.

Popularność akcji „zawieszania” kawy jest dowodem na szybkość rozprzestrzeniania się spontanicznych idei oraz podatność Warszawy na pomysły z Zachodu. Być może „zawieszanie” dopasuje się do polskich realiów, obejmując np. piekarnie lub apteki. Tak podobno stało się na Ukrainie. Pozostańmy więc czujni!

Twoja opinia